Jakieś osiemdziesiąt rzutów kamieniem za Dobrodziejami
znajdowało się Niecne Wzgórze. Kształtem
przypominało coś jakby ostrosłup o trójkątnej podstawie, którego dwa boki
opływała rzeczka Wypłucz, a trzeci gęsto porastały cierniste krzewy. Do
Niecnego Wzgórza wiodła tylko jedna, niebezpiecznie wąska droga na grobli przez
bulgocące bagno. Spróchniały mostek na
Wypłuczy nie dawał żadnych gwarancji dotarcia tam w suchym ubraniu. Gdyby jednak ktoś pokonał i tę przeszkodę,
musiałby wspinać się na strome zbocze po raniącym nogi rumoszu skalnym,
przeciskać się przez wąskie szczeliny między wielkimi głazami oślizłymi od
porastających je grzybów i spleśniałych mchów, i walczyć z milionami kąśliwych
komarów. Ludzie omijali z daleka Niecne
Wzgórze. Nie było tam nic ciekawego do
zobaczenia, a do tego tu i tam zasłyszane legendy o wilkołaku czy jakimś
potworze zamieszkującym je, zniechęcały zupełnie do wizyt w tym nieprzyjemnym
miejscu. Byli wszakże tacy, którym
wydawało się, że znajdą tam jakiś skarb, złoto, kosztowności albo miejsce
ucieczki od win przeszłości. Awanturnicy
żądni przygód, biedacy owładnięci żądzą bogactwa, zbóje ścigani przez prawo
oraz szaleńcy probówali swych sił raz po raz jak tylko upływ czasu przyprószył
zapomnieniem co stało się z poprzednim śmiałkiem. Większość nie wracała, a gdy komuś udało się,
uciekał na koniec świata i nigdy o nim nie słyszano. Niecne Wzgórze, okryte złą
sławą, od dawna nie miało żadnych, nawet przypadkowych gości.
Nad
ranem w środę, nastepnego dnia po dramatycznych wydarzeniach w Dobrodziejach,
na szczycie wzgórza pojawił się przybysz na koniu. Lekko zeskoczył z lśniącego rumaka, odrzucił
na bok czarny kapelusz, zsunął z pleców pelerynę i zaczerpnąwszy garść kamieni
cisnął nimi w kierunku skalnego nawisu.
- Wyłaź
gawronie – wrzasnął - jestem w domu, jestem z pooooowroooootem!
Wielkie
ptaszydło wyleciało spod skały kracząc:
- Co,
kto, do stu diabelskich ogonów ośmiela się…?
Zobaczył
wszakże gawron przybysza, podfrunął na wyciągnietą rękę, objął skrzydłami jego
głowę i zakrakał z uszanowaniem:
- Mój pan,
mój pan wrócił, a już myślałem, że się nie doczekam. Przecież to tyle lat... Ale proszę, proszę
jaśnie panie Druzgot, proszę do pieczary. Wszystko jest po staremu, tak jak pan
zostawił. Trzeba będzie tylko łoże
krzyneczkę odkurzyć, bo nikt w nim nie spał przez te całe trzysta lat.
Druzgot
wbiegł pod skalny nawis i dalej w głąb obszernej groty. Stanał na środku, powiódł wzrokiem dookoła,
wciągnał z radością w płuca zatęchłe powietrze. Wreszcie usiadł na zydlu,
strzelił palcami na gawrona aby przyniósł coś do picia, a gdy ugasił
pragnienie, zaśmiał się zjadliwie i rzekł:
- Już na
przyjezdnym zadałem im bobu ale to dopiero sam początek. Będą żałować za swoich praojców ci pracusie,
tacy porządniccy, tacy grzeczniutcy. Ha, ha, ha, nikt tam o mnie nie pamieta,
nikt mi nic nie zrobi, a ja im wszystkim tak się dobiorę do skóry, że kapcie
będą gubić uciekając z tych Złedziejów.
-
Dobrodziejów, panie Druzgot - poprawił gawron.
- Nie
kracz jak cię nie pytają - warknął. - Jak
mówię Złedzieje to znaczy że tak jest, no powiedzmy będzie. Jeszcze zanim się
wszyscy stamtąd wyniosą, sami przemianują nazwę na Złedzieje z tych, uhhh,
odpuść ogniu piekielny paskudne słowo, Dobrodziejów. Do
roboty zatem, im szybciej tym lepiej. Siadaj na przeciwko gawronie i knujmy, knujmy
póki krew się w żyłach burzy.
Dzień w Dobrodziejach wstawał leniwie. Nikomu nie
chciało się wyjść z łóżka, a kto już wreszcie jakoś wygrzebał się z pościeli,
łaził po domu w piżamie nie mając zupełnie na nic ochoty. Godziny mijały, dzieci zamiast być w szkole
harcowały jak myszy w spiżarni, domagając się wrzaskliwie mleka i kromki chleba
z omastą ale komu z dorosłych chciało się myśleć o takich drobiazgach. Rozczochrani, z podpuchniętymi oczami snuli
się po obejściach, opędzając się od natarczywych, nienawykłych do głodowania
dzieciaków i wszelakiej gadziny. Około
południa coraz więcej ludzisków zaczynało wylegać na ulicę. Dreptali tu i tam, kręcili się w kółko, głowy
pozwieszane, miny marsowe, odmienieni nie do poznania. Jeden na drugiego
patrzył podejrzliwie, wręcz jakby z odrazą. Żadnych uprzejmości, grzecznościowych zapytań
o zdrowie czy choćby zwyczajnych pozdrowień nie było słychać. Wreszcie, nie wiedzieć jak, pewnie siłą
przyzwyczajenia, zaczęto gromadzić się przy małym placyku koło kościoła. Gdzieś
po godzinie tłum zebrał się już solidny i rósł z każdą chwilą w zupełnej ciszy,
jakby im mowę odebrało. Oglądali się
nieśpiesznie dookoła siebie, oczekując aż ktoś się odezwie, aż ktoś im powie,
że to co wczoraj się stało, to była tylko jakaś mara okropna, jakiś zbiorowy
sen, z którego zaraz się przebudzą i wszystko będzie po staremu, jak dawniej. Minęło jeszcze z pół godziny, może ze trzy
kwadranse. Ludziom zaczęło się robić
zimno, nogi bolały od stania, w głowach huczało od milionów niewypowiedzianych
myśli, od braku odpowiedzi na gnębiące ich pytania. Już chcieli rozchodzić się do domów gdy wójt
Zaradny wszedł zamaszystym krokiem w środek tłumu. Zrobiło się jeszcze ciszej. Wójt, dobry,
łagodny i życiowo wielce mądry człowiek, życzliwy każdemu, wskoczył na cokół Pomnika
Bohaterów Wojen Szwedzkich i huknął tubalnym głosem:
- Do
domów łapserdaki, niedojdy, leniuchy. Bajzel w całej wsi jak na wysypisku śmieci a
oni wystają pod kościołem, czekąjac aż Duch Świety za porządki się weźmie. Do roboty gamonie! Ponaprawiać płoty, szyby powstawiać,
oporządzić wszystko i żeby mi śladu jutro nie było po tej całej rozróbie. Ja już się wezmę za tych co na takie draństwo
sobie pozwolili. Uuh, popamiętają mnie. Winnych znajdę żebym miał ich spod ziemi
wydrzeć, mandaty powlepiam, do ciupy powsadzam, chwasty każę im wyrywać na
cmentarzu o północy. Ale póki co, jazda
do domów, brać się za miotły, pędzle, młotki.
No, zmiatać mi stąd!
Ludziom
aż się uszy pokurczyły od słuchania gniewnych słów wójta. Zaczęli powoli odwracać się, ruszać w kierunku
domów, ten czy ów chciał o coś zapytać ale w końcu każdy tylko machnął ręką i
ruszał w swoją stronę. Nie odszedłwszy
jeszcze nawet paru kroków usłyszeli jakieś wołanie z daleka:
-
Ludzie, ludzie, poczekajcie - pokrzykiwał słabowitym głosem ksiądz Piątek.
Kuśtykając
w pośpiechu z wysoko podwiniętą sutanną, zbliżał się do tłumu. Zdyszany przystanął pochylony, o kolana się
oparł, chciał coś powiedzieć ale zabrakło mu tchu, ciężko tylko dyszał. Tłum zawrócił. Otoczyli księdza Piątka kołem. Wreszcie złapawszy głębszy oddech zaczął mówić
cichym głosem. Ledwie go kto słyszał
więc zacieśnili krąg. Ci z tyłu naparli
na przednie szeregi - też chcieli słyszeć. Zaczęto się przepychać, łokcie poszły w ruch,
ktoś się przewrócił, kogoś kopnięto, innemu czapkę zerwano z głowy. Natychmiast wrzask się podniósł okropny.
- Weź te
łapy ty gburze - piszczała pani Cudo gdy jakiś gołowąs próbując przedrzeć się
do przodu, gwałtownie szarpał rękaw jej krótkiego kożuszka narzuconego na
koronkową koszulę nocną. Peruka
maskująca wczorajszy wypadek w salonie fryzjerskim, przekręciła się jej tyłem
do przodu. Machając rękami aby odgarnąć
włosy zasłaniające teraz całą twarz, trzepnęła w ucho dostojnego Koronkiewicza.
Ten zaś, dżentelmen nienawykły do użycia
siły fizycznej jako argumentu w dyskusji z kobietą, odwrócił głowę w momencie
jak stojący obok piekarz Chałka dawał komuś wyciągniętą reką znaki do wycofania
się.
- Ty
chleborobie paskudny, ty zakalcu nadęty - zakrzyknał. - W ucho, w ucho będziesz
mnie walił?
- Niech
się pan nie wyraża, panie Koronkiewicz - zawołała sklepikarka Dżemozjad.
- O,
patrzcie ją! Jaka to nagle delikatna - odpaliła Koronkiewiczowa w obronie męża.
– Żeby ci dżemu zabrakło do końca
życia za to zjełczałe masło co mi przedwczoraj sprzedałaś - dodała.
- Tak,
tak, i za te tofiki co nie chcą się kleić do zębów - poparł ją pan Kopertka.
- A pan
lepiej byś listów kaczkom na pożarcie nie dawał - rozwrzeszczała się pani
Oczekój.
Mączkowski
też rzucił się na Kopertkę:
-
Widzicie go, tofiki mu nie smakują, a może to dlatego, że waćpan zlizujesz cały
klej ze znaczków, ha?
- Z
drogi, z drogi - grzmiał Podkowa - ja mam was wszystkich dosyć - krzyczał i
roztrącając ludzi na boki wyrywał się z tłumu. Nie bacząc na nic, przewrócił na ziemię
staruszka Dymnego, zaraz potem uszczypnął w pupę panią Krój i sykął jej w ucho:
- A to za ten przykrótki surdut. - Następnie nabił guza nowożencowi
Kochanskiemu, Bramkowskiemu zasunął sójke w bok, rozczochrał czuprynę panu
Ciach aż wreszcie wydostał się i pogwizdując Bogurodzicę skierował się ku swej
kuźni, nie zważając zupełnie na lecące za nim obelgi.
Dzieci
rzucały się kasztanami więc co chwilę trzeba było komuś przykładać lód do guza
na głowie. Psy szarpały za nogi kogo się dało.
Kogut piał przeraźliwie, a nad całą tą zawieruchą krążył niezauważony
przez nikogo gawron i zacierając skrzydła krakał:
- Fajowo
jest! O ttto chodziłłło! Teraz już ich mamy! Jak powiem jaśnie panu Druzgotowi to
osz-sz-szaleje z radości. Tylko co ta
Krzysia robi tam sama w domu? To trzeba
zbadać - kraknął raz jeszcze i odleciał
z raportem na Niecne Wzgórze.
Krzysia
natomiast siedziała na krzesełku przy oknie i czytała podręcznik do
wulkanologii, spoglądając od czasu do czasu na stojące w oddali Drzewo, które
jakby jakoś skuliło się i przygarnęło gałezie do pnia. Ale może było to tylko
złudzenie?
Comments
Post a Comment